(14.01.2020, 08:25)zefciu napisał(a): A mnie na skutek wypowiedzi ZaKotem zaczęło zastanawiać, czemu ja mam Wujka Jasia, Rysia i Tadzia, czy Ciocię Melę i Renię. Wiem, że nie mam co pytać, mamy, bo rodzice to intuicyjnie robią. Ale jest to ciekawy przyczynek do rozważań.
Zdrobnienia zbliżają emocjonalnie dany obiekt, sprawiają, że staje się swojski i bezpieczny. Jest to zupełnie naturalna i pożyteczna funkcja w przypadku członków rodziny, a nawet rzeczy. Nie ma nic zdrożnego w tym, że czyjemuś sercu bliski jest domek czy kawka, albo nawet pieniążki, aby tylko swoje. Gorzej, jeśli to wódeczka. Ludzie, którzy zdrabniają wszyściutko, jak ten urzędniczek od piecząteczek, sprawiają wrażenie jakichś wylękanych, a ten zabieg pełni funkcję "oznaczania terytorium", żeby je oswoić i mentalnie zabezpieczyć.
Natomiast w przypadku dzieci polskich obowiązuje obleśna konwencja upupiania. Naturalne jest, że dbamy o bezpieczeństwo swoich dzieci, a zazwyczaj i cudzym źle nie życzymy. Ale naprawdę nie jest tak, że dziecko z natury sra że strachu na widok psa lub pszczoły, i koniecznie trzeba je nazwać pieskiem lub pszczółką, żeby dziecko ochronić. Zresztą przecież piesek wciąż ma ząbki, a pszczółka żądełko i fizycznie nic się nie zmienia, po co to durne czarowanie? Kiedy dziecko zacznie posługiwać się językiem polskim, samo załapie regułę i zdrobni sobie to, co samo zechce.

