12.09.2019, 10:06
(12.09.2019, 07:52)zefciu napisał(a): Ale to, że mamy żeńskie nazwy zawodów to nie jest żadna „nowa świecka tradycja”. Przecież wiele nazw ma takie formy. I to jakoś dziwnie właśnie te, w których był tradycyjnie duży odsetek kobiet.Zgadzam się, jeśli chodzi o zawody. Tu np. artykuł o tym, utrzymany w manierze 200% feminizmu:
http://magazynkontakt.pl/gender-niszczyl...A-CPNv41uI
Wydaje mi się jednak, że autorka mimowolnie udowadnia coś odwrotnego, niż chce. Skoro żeńskie nazwy zawodów powstały w czasach jednoznacznie patriarchalnych, to trudno je uznać za objaw emancypacji.
Jakkolwiek by było, żeńskie formy nazw zawodów to właśnie ugruntowana tradycja, której nie ma co się czepiać. Natomiast nowością, która mi się niespecjalnie podoba, jest tworzenie żeńskich form słów, które wcale nie oznaczają profesji. A więc np. oznaczeń wykształcenia (magister, inżynier), uprawianego sportu (skoczek, nurek), pozycji w hierarchii (prezes, minister), a nawet relacji międzyludzkich (wróg). Tak jakby każdy rzeczownik opisujący osobę ludzką miał mieć formę płciową - a takiego zwyczaju w naszym języku dotychczas nie było. Istnieją wszak i rzeczowniki rodzaju żeńskiego, które stosowano głównie do opisywania mężczyzn, np. ekscelencja czy eminencja, albo, z drugiej strony, kanalia. Ale przecież choćby ekscelencja był kanalią, to akurat męskości ten opis go nie pozbawia. Istnieje więc intuicja językowa zapobiegająca utożsamianiu rodzaju gramatycznego rzeczownika z płcią osoby.

