12.09.2019, 07:45
(11.09.2019, 16:08)bert04 napisał(a): Po pierwsze primo, polszczyzna jest pełna redundancji. Polskie zaprzeczenie, mylnie zwane podwójnym, pozwala na takie konstrukcje zdania, jak: "Nigdy nigdzie nikomu nie dawałem żadnej łapówki". W każdym w miarę normalnym języku byłoby coś w stylu "Nigdy gdziekolwiek komukolwiek dawałem jakąkolwiek łapówkę". Lub podobnie.Jasne, w języku naturalnym jest mnóstwo zjawisk bez sensu. I nie da się ich wyrugować dlatego właśnie, że są utrwalone od wieków - trzeba by zbudować język od nowa, jak esperanto, żeby był logiczny. Z tym trzeba się pogodzić, ale jeśli świadomie tworzymy jakąś "nową świecką tradycję", to wypada się zastanowić nad jej racjonalnością.
Ogólnie zgadzam się z feministyczną tezą, że język, którego używamy jakoś wpływa na naszą kulturę. Nie sądzę, żeby ten wpływ był jakiś gigantyczny, no ale trochę jest. Kiedy uczymy się mówić, żeby załapać ideę rodzaju gramatycznego, musimy zauważyć, że chłopcy mówią tak, a dziewczynki inaczej.
Tzw. "patriarchalizm" to podział praktycznie wszystkiego na męskie i kobiece. Ubrania męskie i kobiece, narzędzia męskie i kobiece, części domu męskie i kobiece, zajęcia męskie i kobiece. W wielu językach, w tym słowiańskich, powstały też formy słów męskie i kobiece. Jak mówię, walka ze zjawiskami utrwalonymi historycznie jest niedorzeczna. Ale po co je jeszcze wzmacniać? Wystarczy, że język polski zmusza nas do afiszowania się z własną płciowością i podkreślania podziału na płcie przy użyciu czasowników w czasie przeszłym i opisujących nas przymioników. Feministki, które koniecznie chcą tę zasadę rozszerzyć i wzmocnić, przypominają mi tych amerykańskich liberałów, co uważają, że najlepszym lekarstwem na rasizm jest segregacja rasowa, czyli tworzenie wszędzie specjalnych miejsc dla czarnych.

